Darkside - to projekt duetu: Nicolasa Jaara i gitarzysty Dave'a Harringtona. Nie mam zamiaru rozwodzić się kim są Ci panowie. Nie będę pisał o ich przeszłości, bo szczerze mówiąc nic o niej nie wiem. Wiem natomiast, że wydali w tym roku płytę, która mnie absolutnie oczarowała.
Od razu zaznaczam, że płyty tego typu to nie jest mój chleb powszedni.
Ostatnimi czasy nie siedzę tak głęboko w albumach szeroko pojętej alternatywy.
Płytę tę polecił mi PJ, który mnie zaskoczył, bo taka muza również nie należy do jego
głównych smakołyków.
Lubię się bawić w definicję brzmienia, ale w przypadku Psychic byłoby mi ciężko i
podejrzewam, że nie tylko mi. Płytę otwiera Złota strzała, która od razu wbiła mi
się w głowę. Ambient spotyka psychodelicznego kosmicznego rocka po czym dorzuca
drony, szczyptę glitchy, rozmarzony wokal i taki sam nastrój.
Sitra jest krótkim klawiszowym interludem przed Serduchem, które pozwala nam
przypomnieć sobie, że jest to płyta "elektroniczna" i niesamowicie eklektyczna.
Tworzy niebywałą aurę. Słuchając Paper Trails mam wrażenie, jakbym był w
kosmosmicznym klubie bluesowym z piwkiem w ręku, czilałtując się w rytm kapitalnie
plumkającej gitary i chwytliwego basu, który lubi czasem pobawić się w unisono razem
z wokalem, który jednakowoż na płycie nie wiedzie prymu, a jest miłym dodatkiem
klimatu. Pierwsza myśl? Pink Floyd. Nie dosłownie, ale to się czuje, z każdą
minutą. Elektroniczne dźwięki, a przede wszystkim klawisze definiują ten album. Mamy
tutaj świetne bity nadające absolutnie różniące się od siebie rytmy jak
chociażby klaskany w The Only Shrine I've Seen. Ten kosmiczny i hipnotyzujący
klimat wylewa się z każdą minutą i nie sposób wyróżnić przerw między utworami, gdyż
te praktycznie nie istnieją. Wszystko oparte jest na fajnej zabawie stylistycznej ze
słuchaczem. Nicolas i Dave w wysublimowany sposób dawkują nam wszystkie ambientowe,
dronowe, glitchowe, a nawet psychodeliczne smaczki. I gdy myślimy, że cały czas
będziemy słyszeć elektroniczne pochody, to za chwilę dostajemy żywą gitarę i bas,
które zmieniają całkowicie nastrój. Całość brzmi bardzo ciekawie, a mimo wszystko nie
czuć tutaj ogromnego przepychu. Dynamika to kolejna rzecz, która wyróżnia to dzieło.
Cisza przechodzi czasem w mocniejsze uderzenie, by po chwili odwrócić role i stonować
utwór. W tym wszystkim tkwi genialny minimalizm, a mamy przecież tutaj momenty
mroczne, przyjemne, hipnotyzujące, psychodeliczne i "chwytliwe". Greek Light czy
Metatron to jedne z moich ulubionych utworów na płycie. Zwłaszcza ten drugi, który
kapitalnie zamyka album bawiąc się wcześniej wspomnianą przeze mnie dynamiką. Szmery,
drobne przeszkadzajki, szelesty, świsty to wszystko tutaj jest, więc fani bardziej
wykręconych rzeczy będą zadowoleni, aczkolwiek nie jest to album, który zmieni
postrzeganie świata. Odkrycie wszystkich smaczków na pewno zajmie trochę czasu, co jeszcze lepiej działa, bo nie jest to płyta na jeden raz.
Cały album brzmi spójnie i idealnie układa wszystko w jedno piękne 45 minutowe
doświadczenie, które płynie i absolutnie nie wiem kiedy ten czas mija. Mogę hajpować,
bo nie wiele słyszałem płyt w tym klimacie, ale gdy słyszę The Only Shrine I've
Seen to jestem niemalże pewien, że potrzeba by dużo wysiłku, aby zaoferować mi coś
co przebije ten chwytliwy utwór. Miks? Kapitalny - dużo basu, którego zejście w Paper
Trails, po prostu gniecie. Żywe instrumenty absolutnie nie gryzą się z
elektronicznymi tworząc piękną harmonię.
Polecam tą płytę szukającym czegoś nowego, oryginalnego, nieszablonowego, którym
muzyka alternatywna i eksperymentalna ma nie być niesłuchalnym hałasem lub zbyt
przekombinowanym "czymś". Psychic jest hipnotyczne i ode mnie dostaje mocne...
Ostatnimi czasy nie siedzę tak głęboko w albumach szeroko pojętej alternatywy.
Płytę tę polecił mi PJ, który mnie zaskoczył, bo taka muza również nie należy do jego
głównych smakołyków.
Lubię się bawić w definicję brzmienia, ale w przypadku Psychic byłoby mi ciężko i
podejrzewam, że nie tylko mi. Płytę otwiera Złota strzała, która od razu wbiła mi
się w głowę. Ambient spotyka psychodelicznego kosmicznego rocka po czym dorzuca
drony, szczyptę glitchy, rozmarzony wokal i taki sam nastrój.
Sitra jest krótkim klawiszowym interludem przed Serduchem, które pozwala nam
przypomnieć sobie, że jest to płyta "elektroniczna" i niesamowicie eklektyczna.
Tworzy niebywałą aurę. Słuchając Paper Trails mam wrażenie, jakbym był w
kosmosmicznym klubie bluesowym z piwkiem w ręku, czilałtując się w rytm kapitalnie
plumkającej gitary i chwytliwego basu, który lubi czasem pobawić się w unisono razem
z wokalem, który jednakowoż na płycie nie wiedzie prymu, a jest miłym dodatkiem
klimatu. Pierwsza myśl? Pink Floyd. Nie dosłownie, ale to się czuje, z każdą
minutą. Elektroniczne dźwięki, a przede wszystkim klawisze definiują ten album. Mamy
tutaj świetne bity nadające absolutnie różniące się od siebie rytmy jak
chociażby klaskany w The Only Shrine I've Seen. Ten kosmiczny i hipnotyzujący
klimat wylewa się z każdą minutą i nie sposób wyróżnić przerw między utworami, gdyż
te praktycznie nie istnieją. Wszystko oparte jest na fajnej zabawie stylistycznej ze
słuchaczem. Nicolas i Dave w wysublimowany sposób dawkują nam wszystkie ambientowe,
dronowe, glitchowe, a nawet psychodeliczne smaczki. I gdy myślimy, że cały czas
będziemy słyszeć elektroniczne pochody, to za chwilę dostajemy żywą gitarę i bas,
które zmieniają całkowicie nastrój. Całość brzmi bardzo ciekawie, a mimo wszystko nie
czuć tutaj ogromnego przepychu. Dynamika to kolejna rzecz, która wyróżnia to dzieło.
Cisza przechodzi czasem w mocniejsze uderzenie, by po chwili odwrócić role i stonować
utwór. W tym wszystkim tkwi genialny minimalizm, a mamy przecież tutaj momenty
mroczne, przyjemne, hipnotyzujące, psychodeliczne i "chwytliwe". Greek Light czy
Metatron to jedne z moich ulubionych utworów na płycie. Zwłaszcza ten drugi, który
kapitalnie zamyka album bawiąc się wcześniej wspomnianą przeze mnie dynamiką. Szmery,
drobne przeszkadzajki, szelesty, świsty to wszystko tutaj jest, więc fani bardziej
wykręconych rzeczy będą zadowoleni, aczkolwiek nie jest to album, który zmieni
postrzeganie świata. Odkrycie wszystkich smaczków na pewno zajmie trochę czasu, co jeszcze lepiej działa, bo nie jest to płyta na jeden raz.
Cały album brzmi spójnie i idealnie układa wszystko w jedno piękne 45 minutowe
doświadczenie, które płynie i absolutnie nie wiem kiedy ten czas mija. Mogę hajpować,
bo nie wiele słyszałem płyt w tym klimacie, ale gdy słyszę The Only Shrine I've
Seen to jestem niemalże pewien, że potrzeba by dużo wysiłku, aby zaoferować mi coś
co przebije ten chwytliwy utwór. Miks? Kapitalny - dużo basu, którego zejście w Paper
Trails, po prostu gniecie. Żywe instrumenty absolutnie nie gryzą się z
elektronicznymi tworząc piękną harmonię.
Polecam tą płytę szukającym czegoś nowego, oryginalnego, nieszablonowego, którym
muzyka alternatywna i eksperymentalna ma nie być niesłuchalnym hałasem lub zbyt
przekombinowanym "czymś". Psychic jest hipnotyczne i ode mnie dostaje mocne...
9/10
KCR

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz