poniedziałek, 25 listopada 2013

PJ Classics: Faith No More - Angel Dust (1992)

Czuję, że jest to zespół potrzebujący małego wprowadzenia, ponieważ wydaje mi się, iż w naszym cudownym kraju nie jest jakoś szczególnie popularny. Faith No More funkcjonuje pod obecną nazwą od roku 1982, natomiast wcześniej grupa znana była jako Faith No Man (data założenia 1981). Zespół został utworzony przez niezmienną później sekcję rytmiczną - basistę Billy'ego Gould'a oraz perkusistę - Mike'a Bordin'a, i od tamtego czasu przechodził częste zmiany składu do momentu odnalezienia idealnego (IDEALNEGO) człowieka do krzyczenia (śpiewania, rapowania, nucenia, piszczenia, imitowania dźwięków wszelakich również) - Mike'a Patton'a - ówcześnie będącego grzecznym chłopcem, typem "milk and cookies", jak go określił Jim Martin - gitarzysta FNM z okresu 1983–1993.

Od chwili przyjęcia Majka, zespół zmieniał gitarzystów jak rękawiczki (na potrzeby tej recenzji uznajmy, że rękawiczki zmienia się co rok lub dwa).
Płyta Angel Dust jest drugą w składzie z Pattonem na wokalu, gdzie tym razem miał on wpływ na proces twórczy kawałków (do "The Real Thing" napisał jedynie melodie wokalu i teksty) co bardzo wpłynęło na ogólny sound zespołu w porównaniu z poprzednia płytą.
W przeciwieństwie do wyżej wspomnianego albumu, ten jest zdecydowanie bardziej zróżnicowany, bardziej eksperymentalny i bardziej... lepszy?
Mnogość stylistyk w jakiej utrzymane są utwory bynajmniej nie sprawia, że płyta jest nierówna, bądź mało skupiona. Według mnie całość jest bardzo spójna, wszystko wydaje się trzymać razem przez niepodrabialny klimat tej płyty (niestety nie sprecyzuje wam jaki,
bardzo ciężko jest mi wskazać ten spajający czynnik).
Płyta nie jest oparta na pracy gitary, przez co metalowa brać może uznać ją za nudną. Dominuje tutaj niesamowicie prosta, aczkolwiek pomysłowa praca sekcji rytmicznej. Na szczególną uwagę zasługują "bejslajny" Billy'ego, gdyż wydawałoby się, że są dość proste, lecz przy próbie skowerowania któregoś kawałka nagle okazuje się, że koleś stosuje mnóstwo niebanalnych rozwiązań, co skutecznie uniemożliwia ci powtórzenie tego, co właśnie zagrał. PRZYKŁAD - "A zagram sobie Caffeine" - pomyślał fan Cannibal Corpse, który ma niemałego skilla w basowaniu na basie (this is a true story, spytajcie KCR), no i zaczyna się problem!
Bas przez większość utworu gra JEDEN DŹWIĘK (E E E E E E) w dość nietypowym rytmie i jakby do góry nogami, jeśli chodzi o ogólny sposób ogrywania tego dźwięku w kontekście tworzonym przez resztę instrumentów. I w ten sposób człowiek, dla którego "Hammer Smashed Face" jest śniadaniem pada na kolana przed jednym dźwiękiem granym przez tego skromnego skubańca BILLY'EGO. Na płycie znajdziecie również solo basu! Mowa o niesamowicie kojącym kawałku "Kindergarten". Gitara na płycie nie nudzi, pomimo małej ilości kawałków opartych na riffach. Spowodowane jest to prawdopodobnie bardzo małym wkładem samego gitarula w proces twórczy płyty. Jednak kawałki takie jak Caffeine, Jizzlobber (jedyny kawałek skomponowany przez Jima) lub Malpractice powinny
być choć trochę satysfakcjonujące dla osób, które szukają tutaj nakurwu, przesteru i szatana. Reszta to kawałki w której gitara schodzi na dalszy plan.
KLAWISZEEEEE. Magia. Ten album nie istnieje bez Roddy'ego Bottum'a. Sample, tekstury (szczególnie dużo tych dwóch rzeczy),
oraz trochę bardziej konwencjonalne dźwięki, takie jak organy grające melodie rodem z horroru w intro do "Be Aggressive" - BARDZO skocznego, żywego i jakże zaskakująco pozytywnie brzmiącego kawałka napisanego w całości (również tekst) przez genialnego klawiszowca, czy outro w "Jizzlobber" i intro do "Everything's Ruined". Wspomniane wcześniej "Be Aggressive" ma obrzydliwie szczery tekst na temat seksu oralnego, niesamowite hooki (słuchasz kawałka głośno wyznając, że POŁYKASZ, to chyba znaczy, że jest cholernie chwytliwy, nieprawdaż?) Charakterystyczne sample w kawałkach takich jak "Caffeine" (PIESKI ZIOMALE), czy "Crack Hitler" (Panna zapowiadająca loty na lotnisku), czy choćby groteskowo-cyrkowa ścieżka klawiszy do otwieracza płyty- "Land Of Sunshine". To wszystko jest zasługa nieco tej nieco flegmatycznej osoby, i JEST TEGO O WIELE WIĘCEJ. Krótko podsumowując, przez tego człowieka polubiłem klawisze.
No i wreszcie GWÓŹDŹ PROGRAMU. Werble by się przydały. MAJK "CO TO KURWA BYŁO?!" PATTON. Zastanawiacie się skąd ta fikcyjna, wyssana z mojego
palca (u ręki) ksywa? Po przesłuchaniu tej płyty nie będziecie mieli wątpliwości. Koleś najzwyczajniej w świecie wyczerpał limit możliwych do zastosowania technik wokalnych na płycie trwającej 61 minut i 58 sekund. Skrimowanie? Sure. Crooning? Niet Problema. Rapowanie? Yep. Dzikie hałasy? You bet!
Człowiek-wszystko, wokalista totalny. Chociaż nie jest to koń uwagi (ATTENTION HORSE, ROZUMIECIE? HEHE) i nie kradnie spotlightu przy pierwszej lepszej okazji.
Jego podejście to raczej swojego rodzaju hit-and-run. Są momenty w których słyszysz wyróżniający się wokal, bądź po prostu nie dajesz wiary, że te dźwięki to
faktycznie wokalista, a nie sampler, ale głos jest tutaj często po prostu kolejnym instrumentem, idealnie (IDEALNIE) pasującym do stylistyki granego akurat utworu.
Świetnym przykładem tego jest "RV", gdzie instrumental przywodzi na myśl nieco rednecką piosenkę. Co zrobił w tej sytuacji Majk? HE ADAPTED FUCKERS. Zagrał rednecka! Przez to właśnie każdy (naprawdę każdy, wypełniaczy po prostu nie ma) utwór jest spójny i płyną one idealnie. Nawet "Smaller And Smaller", które jest, oględnie mówiąc, słabe w porównaniu do
reszty jakoś przelatuje i nie boli cię, że straciłeś 5 minut na kawałek, do którego nigdy prawdopodobnie nie wrócisz. Patton jako wokalista jest odpowiedzialny za większość hooków na tej płycie, a tych jest mnóstwo. YOU'RE PERFECT, YES IT'S TRUE \ CAFFEEEEEEINE \ DOES EMOTIONAL MUSIC HAVE QUITE AN EFFECT ON YOU? \ NOW EVERYTHING'S RUINED, YEEEE EEE. Na wzmiankę zasługują warunki tworzenia tekstu do "Caffeine".
Majk był w trakcie eksperymentu z deprawacją snu, i po prostu będąc totalnie oszołomionym po 3 dniach bez snu zaczął spisywać słowa, które przyszły mu do głowy. Tematyka utworów (jeśli te teksty faktycznie kryją jakieś znaczenie) jest nie mniej zróżnicowana, co warstwa instrumentalna płyty. Patton popisuje sie znakomitym story tellingiem w takich kawałkach jak "Jizzlobber" czy "Malpractice". Tekst do "Caffeine" przez wielu interpretowany jest jako spowiedź mordercy, lecz ciężko tak naprawdę powiedzieć, czy Majk coś chciał w tym utworze ukryć (z racji tego, że tekst pisany był w stanie wczyerpania z braku snu). Mimo to słuchając kawałka, swoista narracja w nim zawarta sprawia wrażenie, że jest to jakiś teatralny spektakl.
Śpiewane melodie są jeszcze bardziej chwytliwe niż same teksty, po prostu majstersztyk. "Midlife Crisis" (absolutny hicior na tej płycie), "A Small Victory", "Everything's Ruined", "Kindergarten". No po prostu nie sposób zapomnieć śpiewanych tutaj melodii, one się po prostu KLEJĄ. Pattonowi również zawdzięczamy jeden eksperymentalny kawałek, którego nazwa juz raz tutaj padła - "Malpractice". Majk wniósł do zespołu swoje silnie eksperymentalne zacięcie inspirowane takimi zespołami jak Godflesh, Grotus, czy The Young Gods, a we wspomnianym kawałku zwłaszcza wpływ tego pierwszego wydaje się wyjść na powierzchnię, jeśli mowa o instrumentalnej warstwie "piosenki". Ogółem mówiąc brootal/creepy/scary/heavy as fuck.
Co do miksu płyty, to nie ma się co szczególnie rozwodzić w tym temacie. Jest rok 1992, wydano w tym czasie debiut Rage Against The Machine, które swoim miksem po prostu miażdży konkurencję. A gdzie stoi Faith No More? Tuż zaraz za wspomniana płytą. Brzmienie jest super klarowne, wyraźnie i słychać każdy instrument.
Perkusja brzmi mocno, chociaż nie tak bardzo in-your-face jak w ekipie
Toma Morello. Bas świetnie słyszalny w każdym kawałku, a nawet wyczuwalny. Gitara jest czasem na przedzie, czasem gdzieś w tle (czyli tak jak powinno być w tego rodzaju wydaniach). Klawisze brzmią po prostu idealnie. Wokal dokładnie tam, gdzie powinien się znajdować. Wszystko na miejscu, na odpowiedniej głośności,
nic nie kłuje w uszy, niczego nie brakuje. Balans idealny (IDEALNY).
Płyta prezentuje różne oblicza - groteska (Land of Sunshine), dramatyzm (Caffeine, Smaller And Smaller), są kawałki pogodne (A Small Victory, Be Aggressive), sa kawalki
kurewsko ciężkie (Malpractice, Jizzlobber), kawałki niesamowicie spokojne, nadające się na niedzielny poranek (pun intented - utwór "Easy", czy genialna interpretacja motywu z filmu
"Midnight Cowboy", obydwa będące kowerami). Na krążku usłyszymy ślady funku, skoczne beaty, kilka metalowych, przytłaczających riffów, swoistą parodię country, arabską melodyjkę
a nawet utwór, który idealnie sprawdziłby się w roli soundtracku do jakiegoś filmu szpiegowskiego ("Crack Hitler"). Ludzie, którzy szukają tutaj kolejnego "The Real Thing" będą zawiedzeni, gdyż ten zespół nigdy nie stoi w miejscu (no chyba że teraz, bo już nie grają hehe) i nieustannie szuka czegoś nowego. Krążek zostanie z pewnością doceniony przez ludzi którzy cenią sobie wszechobecny tutaj eklektyzm, nieortodoksyjne podejście do muzyki, świetny songwriting, ale jednak lubią, kiedy muzyka pozostaje jednocześnie chwytliwa.
Mógłbym uskutecznić tutaj wariant fanowskiego bólu dupy pod tytułem "TA PŁYTA JEST NIEDOCENIONYM ARCYDZIEŁEM", ale tak naprawdę, to mnie to nie boli. Good stuff is good stuff, bez względu na to, ile ludzi tego słucha (ale i tak większość powszechnie znanej muzyki to niewarty uwagi szajs). Tak, jestem fanem, a ta recenzja jest całkowicie subiektywna.
10/10
KCR:
Tej płyty z pewnością nie można nie docenić. Wniosła do 90's alternatywnego rocka powiew świeżości i to w czasach kiedy na antenie królowała Nirvana. Kapitalny miks, świetnie wysunięta sekcja rytmiczna, rewelacyjny i niesamowicie oryginalny wokal Mike'a Patton'a. Chociaż nie przejawiam tak wielkiego uwielbienia jak PJ to uważam, że ten album naprawdę warto jest znać. 8/10
PS. Hammer Smashed Face jakimś śniadankiem dla mnie nie jest, a i super fanem CC też nie jestem, po prostu mnie fascynują :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz