niedziela, 22 grudnia 2013

Recenzja: Philip H. Anselmo & The Illegals - Walk Through Exits Only (2013)

Nie byłoby o czym dzisiaj pisać, gdyby nie było na świecie Phila Hansena Anselmo, czyli głównego sprawcy omawianej przeze mnie płyty "Walk Through Exits Only". Ciężko nie znać tej legendarnej postaci jeśli zna się historię metalu, jako że obecność Phila odcisnęła mocne piętno na tymże gatunku. Znany przede wszystkim ze swojej żelaznej charyzmy na scenie (doświadczyłem i potwierdzam) oraz ze swoich dokonań jako wokalista najpierw Pantery, a potem Down - dwóch sztosowych formacji, oraz wielu mniejszych projektów pobocznych, z których największym jest rozwiązany już zespół Superjoint Ritual. Metalowy człowiek renesansu - multiinstrumentalista, muzyk, producent i właściciel wytwórni Housecore Records. Pewnego razu siedząc na kanapie, wpieprzając ciasto orzechowe i sącząc piwko ciężko pracując w studiu z jakimś mało znanym, lecz z pewnością ambitnym zespołem doznał olśnienia i zapragnął stworzyć płytę niebanalną, zaskakującą i <wiele innych schlebiających epitetów>. TYLE SŁOWEM WSTĘPU.

Przeczytałem kilka recenzji tej płyty i muszę powiedzieć, że jestem mocno zawiedziony na ludziach, którzy je popełnili. Odkąd tylko Philip zapowiedział, że pracuje nad solową płytą zarzekał się, że nie będzie to ZWYCZAJNY METAL. Jako, że jest to człowiek, który całą muzykę metalową już widział i słyszał, można wierzyć mu, kiedy mówi, że ta płyta nie będzie NORMALNA. Skąd więc zdziwienie wszystkich tych recenzentów, że obecny tam materiał ZUPEŁNIE (słownie: ANI KURWA TROCHĘ) nie przypomina nic z dotychczasowego katalogu Phila? Skąd w ogóle myśl, że osoba oddychająca metalem będzie chciała stworzyć kolejnego gniota wtórującego zgniłej już tradycji? NIET POJĘCIA.
Spodziewałem się powiewu świeżości po tym wydawnictwie, ale to co usłyszałem kompletnie  przerosło moje oczekiwania. Jest szybko, gwałtownie, groteskowo i ogólnie jest TAK BARDZO WSZYSTKO. To wydawnictwo faktycznie jest bardziej rodem z twórczości Majka Pattona, niż kogoś tak mocno zakorzenionego w bardziej tradycyjnych formach muzyki metalowej. Złamano tu chyba wszystkie niepisane zasady kompozycji typowej dla tego gatunku, zachowując jednocześnie główną zasadę postawy typowej dla metali (czyli środkowy palec pokazany całemu światu). Materiał wymyka się wszelkim próbom klasyfikacji, nie można całości określić jednym słowem - znajdziemy tutaj elementy thrash metalu, death metalu, wokal przypominający nam najcięższe momenty Pantery i Superjoint Ritual, wielokrotnie połamane struktury utworów, nieparzyste metra i od groma niespodziewanych zwrotów akcji. Poziomem zaskoczenia słuchacza przyrównałbym tą płytę do "Suspended Animation" od Fantomas.
Już pierwszy kawałek wita nas maszerującym werblem i nieco dziwnie brzmiącym głosem papy Phila rzucającego hasłami godzącymi głównie w twórców miernej muzyki. Może to stanowić swoisty manifest myśli towarzyszącej tworzeniu tej płyty. Phil chciał zrobić coś świeżego, coś co pchnie jakoś gatunek do przodu, więc stosownymi słowami otworzył płytę. Tytuł kawałka? "Music Media Is My Whore". Piękne, nieprawdaż? I jest to zarazem najbardziej spokojny kawałek na płycie, chociaż sam w sobie już mocno niepokojący, a dalej już jest tylko coraz głośniej i coraz bardziej bezlitośnie. "Battalion of Zero" to już kompletna miazga. Stado rozjuszonych byków. "HEADS UP HEADS DOWN!" - TAK JEST PROSZĘ PANA! Nic innego nie pozostaje jak zwykły nakurw głową co jakiś czas zatrzymując się, by znaleźć odpowiedni rytm, bo te zmieniają się nieustannie. Ciągle jakiś niespodziewany dźwięk, jakieś przejście do innej sekcji kawałka. Nie sposób przewidzieć, co będzie za parę sekund, jedyną pewnością jest zniszczenie. Jeśli nie przestaliście słuchać płyty po pierwszych dwóch kawałkach, to prawdopodobnie dysonanse melodyczne i kompozycyjne nie są wam obce. Nic tu po was, jeśli spodziewacie się CZEGOKOLWIEK konwencjonalnego. Kawałek "Betrayed" od początku męczy nas bezlitosnym instrumentarium. Każde narzędzie użyte jest tutaj na 110% swoich możliwości, co może brzmieć momentami wręcz groteskowo (jak zresztą wszystko na tym krążku). Przewodzi nam tutaj zdecydowanie praca gitary - kurewsko dysonującej, momentami ekstremalnie szybkiej i wręcz ekscentryczne riffy tworzone w większości przez samego Phila, nagrane natomiast przez praktycznie nieznanego nikomu, lecz niesamowicie utalentowanego gitarzystę Marziego Montazeri.
Zaskoczeniem jest outro "Betrayed", które jest zrobione na syntezatorach okraszonymi bliżej niesprecyzowanymi efektami. Kawałki numer cztery i pięć są "hiciorami" tej płyty. Połamany, hałaśliwy riff z "Usurper Bastard's Rant" tworzy nowe połączenia neuronowe w naszym mózgu, bo mało kto mógłby powiedzieć, że słyszał coś podobnego. Trzeba pogratulować naszemu głównemu bohaterowi doboru muzyków. Wszystko pomimo pozornej chaotyczności i gęstego nawarstwienia jest wykonane idealnie. Fantazja Phila w tworzeniu riffów i struktur dorównuje autorowi całej muzyki w katalogu wspomnianego wcześniej Fantomas - Mike'a Patton'a. Nie zarzucę tej płycie jednak braku spójności. Może zrobiłaby to osoba o słabszym guście. Od tego wydawnictwa po prostu nie można spodziewać się słuchalności, każdy dysonans tutaj ma swój cel i z czystym sumieniem stwierdzam, że został on osiągnięty. Oskarżenia w stronę muzyków i (jak podejrzewam) producentów padają w "Walk Through Exits Only". Zaniżanie standardów produkowanych (EVERYONE RUINS THE MUSIC!!!) przez większość "ARTYSTÓW" gniotów wyraźnie irytuje Phila i daje on upust tym emocjom w bardzo gwałtowny sposób, co nadaje tej płycie charakteru wręcz nawołującej do rewolty przeciwko miernotom.
Jest jednak rzecz, która zasługuje na minus.
Otóż jakość produkcji pozostawia wiele do życzenia. Pod ścianą dźwięku nie usłyszymy nawet basu, a gitara i perkusja często są się zlewają. Ogólnie miks jest bardzo ciasny, wszystko jest ze sobą ściśnięte i ubogie w selektywność, czasem nawet słychać clipping. Celowy zabieg? Możliwe. W końcu jest to ekstremalnie ciężki i hałaśliwy krążek.
Płyta zasługuje na miano ekstremalnej, a nawet eksperymentalnej ( awangardowej?). Niezwykle ambitne wydawnictwo, mocno niedocenione, niezrozumiane i przemilczane w wielu rankingach podsumowujących rok. Zdecydowanie jedna z lepszych pozycji , obowiązkowo dla osób które doceniają ekstremalny (EKSTREMALNY) metal wymieszany z ekstremalnym (EKSTREMALNYM) noisem w stylu Fantomas lub Melt-Banana. Od początku do końca jest skrajnie i zaskakująco i pomimo tego, że każdy kawałek prezentuje podobny poziom ciężkości i chaosu, nie mogę powiedzieć, że śmierdzi nudą, bo tak naprawdę nie ma tu okazji do zatrzymania się na chwilę i "ponudzenia się". Za tak odświeżający effort od osoby, po której nie do końca można było się tego spodziewać należy się bardzo wysoka ocena. Bez wyrzutów sumienia przyznaję więc...
MOCNE 8/10
PHIL CHODZI TYLKO PRZEZ WYJŚCIA, BO MOŻE!
-PJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz