Ten nowojorski kwartet założony w 1997 roku mogę z czystym sumieniem zaliczyć do największych w swoim gatunku. I nie lubię przyrównywania ich muzyki do chociażby Joy Division, bo debiut długogrający Interpolu jest co najmniej dziesięć razy lepszy.Nigdy nie byłem zagorzałym słuchaczem tego co przedstawiają nam na tym krążku, ale po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że właśnie takie zespoły nie jednokrotnie potrafiły mnie zaskakiwać tworząc absolutne perełki. Płyta Turn On The Bright Lights stanęła na piedestale moich muzycznych odkryć. Dlaczego?
Melancholia - słowo klucz, a w zasadzie mógłby to być tag idealnie określający tą płytę. W takim stanie byłem (i chyba jeszcze trochę jestem) przez ostatni tydzień. Wtedy też odkryłem ten krążek na nowo. Uświadomiłem sobie po raz kolejny, że do niektórych rzeczy trzeba podejść w większym skupieniu, bo pierwszy odsłuch kilka lat temu przeszedł bez echa. Dlatego cieszę się, że czułem tą melancholię, bo ona naprawdę pomaga w odbiorze tej płyty. Generalnie rzecz ujmując otrzymujemy alternatywnego rocka, który zapuścił swe korzenie w post punkowej chłodnej fali i zrobił to na tyle wyśmienicie tak wiele lat po największych przedstawicielach, że absolutnie im nie ustępuje, a wręcz przeciwnie pokazuje, że można.
Nie jest to radosna muzyka. Zatytułowany Niezatytułowany otwieracz pozwala nam wstępnie nastawić umysły na to co nas czeka. A czeka nas miła różnorodność, która cechować się będzie głównie naszym początkowym "tagiem". I tak od delikatnego startu wgryzamy się w Przeszkodę numer jeden, która głośniej wyraża emocje, a te są dość smutne. Wysokie partie gitar, które świetnie igrają ze sobą drobnymi melodyjkami, odgryzającym się co jakiś czas basem przeradzają się w ostry atak i pełne żalu wołanie "But it's different now that I'm poor and aging, I'll never see this face again". Zawsze słuchając tego utworu czułem przeszywające mnie mieszane uczucia. Ciężko było mi je właściwie określić. Czy to co słyszę mi się podoba? Czy jest przyjemne, czy może tragiczne? Wracamy znowu do naszego słowa klucza, które wszystko wyjaśnia. A dalej? Dalej jest tylko lepiej. Bo Nowy Jork się tak naprawdę o nas troszczy. Pięknymi, nieco psychodelicznymi, leniwymi, rozlanymi jakby w deszczu melodiami, dwóch gitar, które znów wymieniają się pomysłowymi partiami pełnymi polotu i nieprzewidywalności. Widzę przed sobą wyznanie człowieka przytłoczonego w metropolii. Niepotrafiącego się odnaleźć, na którego przyszła kolej by włączyć jasne światła. Zrobiło się poetycko, ale ciężko inaczej opisywać ten album. Interpol mają naprawdę pomysł i to co robią, robią z niewyobrażalnie wielką mocą, a metal to nie jest i nie musi być. Muzyka jest niezwykle przestrzenna i czytelna, a ściana dźwięku, która potrafi się pojawić, nie przeszkadza w selektywności, bo jest to świetnie wyprodukowany album. Więcej nie muszę dodawać, bo to trzeba poczuć. Klimat całego krążka jest dość ponury, aczkolwiek zdarzają się momenty melodyjnie wręcz przebojowe, czego przykładem są Obstacle 2 czy Say Hello To The Angels. To utwory bardzo żywe i jak mawiają kobiety zapytane o idealnego faceta "mają to coś". Stella, która była nurkiem, pokazuje po raz kolejny siłę sekcji. Partie basowe są doskonałe, za co należą się gratulacje, bo tak dobrym gitarom ciężko dorównać, ale tam w dole wszystko się zgadza (The New). Perkusisty też nie sposób nie docenić, bo ładnie buduje i rozładowuje napięcie, którego jest przecież sporo. (Roland) Paul Banks, który pełni rolę wokalną zdał śpiewająco. Jego głos jest chłodny, ale niesamowicie przyjemny. Śpiewa z ogromną mocą i przekonaniem. Znafcy mówią, że podobny jest do Iana Curtisa, a ja uważam, że podobny do Paula Banksa. (OH SNAP) Nad tekstami nie chcę się rozwodzić, ale warto je zgłębić, bo wyrażone zostały bezwstydnie i sposób naprawdę silny. Te historie idzie kupić, są autentyczne. Płyta jest równa i ciężko mi wskazać zdecydowanych faworytów, bo lubię wszystkie kawałki, a tych upakowanych zostało 11 i trwają łącznie 49 minut. Ten czas zawiera ogromne pokłady eterycznej, nieco rozmarzonej atmosfery pełnej melancholii, smutku, żalu, złości, nadziei i wszystkiego czego dusza zapragnie. Album w sam raz dla kogoś, kto chce zamulić, już zamula, albo chce po prostu popłakać, bo ma doła. Gwarantuję, że ta płyta pomoże się w pewnym stopniu z tego oczyścić, a jeśli nie to umili refleksyjny czas. Nie mogę się do niczego przyczepić. Turn On The Bright Lights to dzieło kompletne. Fenomenalny debiut zawierający czarującą i bardzo ambitną muzykę, którą nie łatwo pokochać, ale warto spróbować. Nie dam jej dychy, bo ta jest zarezerwowana, dla trochę innych produkcji i doświadczeń, ale gdybym był człowiekiem, który słucha głównie takich rzeczy to byłaby to dyszka. Za świetne doświadczenie muzyczne daję solidne...
Nie jest to radosna muzyka. Zatytułowany Niezatytułowany otwieracz pozwala nam wstępnie nastawić umysły na to co nas czeka. A czeka nas miła różnorodność, która cechować się będzie głównie naszym początkowym "tagiem". I tak od delikatnego startu wgryzamy się w Przeszkodę numer jeden, która głośniej wyraża emocje, a te są dość smutne. Wysokie partie gitar, które świetnie igrają ze sobą drobnymi melodyjkami, odgryzającym się co jakiś czas basem przeradzają się w ostry atak i pełne żalu wołanie "But it's different now that I'm poor and aging, I'll never see this face again". Zawsze słuchając tego utworu czułem przeszywające mnie mieszane uczucia. Ciężko było mi je właściwie określić. Czy to co słyszę mi się podoba? Czy jest przyjemne, czy może tragiczne? Wracamy znowu do naszego słowa klucza, które wszystko wyjaśnia. A dalej? Dalej jest tylko lepiej. Bo Nowy Jork się tak naprawdę o nas troszczy. Pięknymi, nieco psychodelicznymi, leniwymi, rozlanymi jakby w deszczu melodiami, dwóch gitar, które znów wymieniają się pomysłowymi partiami pełnymi polotu i nieprzewidywalności. Widzę przed sobą wyznanie człowieka przytłoczonego w metropolii. Niepotrafiącego się odnaleźć, na którego przyszła kolej by włączyć jasne światła. Zrobiło się poetycko, ale ciężko inaczej opisywać ten album. Interpol mają naprawdę pomysł i to co robią, robią z niewyobrażalnie wielką mocą, a metal to nie jest i nie musi być. Muzyka jest niezwykle przestrzenna i czytelna, a ściana dźwięku, która potrafi się pojawić, nie przeszkadza w selektywności, bo jest to świetnie wyprodukowany album. Więcej nie muszę dodawać, bo to trzeba poczuć. Klimat całego krążka jest dość ponury, aczkolwiek zdarzają się momenty melodyjnie wręcz przebojowe, czego przykładem są Obstacle 2 czy Say Hello To The Angels. To utwory bardzo żywe i jak mawiają kobiety zapytane o idealnego faceta "mają to coś". Stella, która była nurkiem, pokazuje po raz kolejny siłę sekcji. Partie basowe są doskonałe, za co należą się gratulacje, bo tak dobrym gitarom ciężko dorównać, ale tam w dole wszystko się zgadza (The New). Perkusisty też nie sposób nie docenić, bo ładnie buduje i rozładowuje napięcie, którego jest przecież sporo. (Roland) Paul Banks, który pełni rolę wokalną zdał śpiewająco. Jego głos jest chłodny, ale niesamowicie przyjemny. Śpiewa z ogromną mocą i przekonaniem. Znafcy mówią, że podobny jest do Iana Curtisa, a ja uważam, że podobny do Paula Banksa. (OH SNAP) Nad tekstami nie chcę się rozwodzić, ale warto je zgłębić, bo wyrażone zostały bezwstydnie i sposób naprawdę silny. Te historie idzie kupić, są autentyczne. Płyta jest równa i ciężko mi wskazać zdecydowanych faworytów, bo lubię wszystkie kawałki, a tych upakowanych zostało 11 i trwają łącznie 49 minut. Ten czas zawiera ogromne pokłady eterycznej, nieco rozmarzonej atmosfery pełnej melancholii, smutku, żalu, złości, nadziei i wszystkiego czego dusza zapragnie. Album w sam raz dla kogoś, kto chce zamulić, już zamula, albo chce po prostu popłakać, bo ma doła. Gwarantuję, że ta płyta pomoże się w pewnym stopniu z tego oczyścić, a jeśli nie to umili refleksyjny czas. Nie mogę się do niczego przyczepić. Turn On The Bright Lights to dzieło kompletne. Fenomenalny debiut zawierający czarującą i bardzo ambitną muzykę, którą nie łatwo pokochać, ale warto spróbować. Nie dam jej dychy, bo ta jest zarezerwowana, dla trochę innych produkcji i doświadczeń, ale gdybym był człowiekiem, który słucha głównie takich rzeczy to byłaby to dyszka. Za świetne doświadczenie muzyczne daję solidne...
9/10
KCR
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz