czwartek, 23 stycznia 2014

Recenzja: Helmet - Size Matters (2004)

Zespół pod przewodnictwem Page'a Hamiltona jest dość specyficzny. Nagrali w sumie wiele płyt, w tym przebojowe Meantime, które rzekomo wpłynęło na wykrystalizowanie się nu metalu (tako rzecze wikipedia) z czym się nie za bardzo zgadzam, a z tych wielu wydawnictw żadne nie wywołało we mnie jakichś większych emocji. Ot poprawne proste hardcorowe łojenie, często na jedno kopyto. Sytuacja się zmieniła, gdy Page postanowił powrócić na scenę po 7 latach od wydania Aftertaste z nowym składem i nową płytą, która całkowicie zmieniła moje postrzeganie ich muzyki. Dlaczego tak się stało? Zapraszam do lektury. 


Stało się tak ponieważ Size Matters jakościowo absolutnie nie przypomina poprzednich płyt zespołu. Czemu? Bo jest od nich dużo lepsza. Smart zaczyna się mocnym rytmicznym riffem, który przechodzi w świetny refren. Gitary są naprawdę brudne, brzmią surowo, a przester jest naprawdę ostry. Perkusja wali z całej siły, blachy łomoczą, a bębny naprawdę BRZMIĄ. Chyba zapowiada się dobra płyta. Oj tak! Crashing Foreing Cars to zdecydowanie najlepszy utwór na płycie. Istny majstersztyk. Ciężar i pęd tego kawałka przyprawił mnie i PJ'a o szybsze bicie serca, i kilku miesięcznie trwającą już zajawkę. Im dalej w odsłuch tym milej. Drug Lord wyróżnia bardzo przyjemny refren. Ba! Każdy utwór na płycie ma przebojowy i fajny refren, i to jest piękne na tym albumie. Mało jest tu delikatnych momentów, gdyż rzadko kiedy serwowane nam są lżejsze motywy (jak w Enemies), ale wszystko się tu absolutnie ZGADZA. Wszystkie traki są głośne. Wszystkie mają bardzo podobnie brzmiącą ostrą gitarę, ciężki bas i mocną perkusję. Tutaj się mogę w sumie przyczepić, że wszystko jest na jedno kopyto, ale całość jest dzięki temu bardzo spójna. PJ fajnie określił riffowanie Helmet jako "kanciaste" i tak w rzeczy samej jest. Melodie są z reguły proste, ale nie brzmią przy tym tandetnie. Całość stawia bardziej na rytm i RIFF, aniżeli rozbudowaną melodię, ale i ta gdzieniegdzie potrafi się pojawić w trochę większej ilości. Po jakimś czasie można się przyzwyczaić do stylu jaki zostaje nam zaaplikowany i można to teoretycznie uznać za wadę. Utwory są dobre, ale nie zaskakują niczym nowym. Nie usłyszymy tutaj super wykręconych alternatywnych brzmień, a jedynie poprawność. To wszystko już w sumie było. Natomiast faktem jest, że te rzeczy dawno nie były grane z tak dobrym smakiem.
Produkcja płyty jest rewelacyjna. Jak już wspomniałem wcześniej jest głośno, a mimo to instrumenty są czytelne. Ogromne brawa należą się Johnemu Tempeście, który obijał gary na tym albumie. Spisał się na szkolną szóstkę. Warto również wspomnieć, że na basie udzielał się nie kto inny jak Frank Bello znany z Anthrax, i mimo że jego linie się tutaj specjalnie nie wybijają (w Everybody Loves You ma fajnie brzmiący fragment) to słychać go i brzmi dobrze. Wokalnie jest bardzo dobrze. Głos Page'a bardzo pasuje do tworzonej przez niego muzyki. Jest dosyć szorstki i choć czuć, że nie jest to wybitny wokalista, to jego czyste partie brzmią bardzo przyjemnie, a w Crashing Foreign Cars po prostu popłynął. Odsłuch nie nuży, bo całość trwa niespełna 40 minut i jest to idealny czas dla płyt tego rodzaju. Zlatuje szybko, a gdyby była dłuższa to jestem pewny, że potrafiłaby zmęczyć.
Size Matters pokazała, że ciężkie granie może być przebojowe. Znajdziemy tu zacną mieszankę kilku gatunków metalu takich jak grunge w Throwing Punches, groove w Last Breath czy hardcore npw See You Dead. Ta płyta otworzyła mi oczy na resztę twórczości zespołu, chociaż ze świecą szukać w dyskografii tak równych utworów jakie są właśnie na niej. To dobra płyta, która nie nudzi i okazyjnie przebija się w kierunku bardzo dobrej dlatego, że ma naprawdę sporą dawkę energii i to całkiem pozytywnej. Jest to na pewno świetna propozycja dla osoby szukającej pewnego rodzaju przyjemnej ciężkości.
I za to dostaje ode mnie uczciwe...
8/10
KCR

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz