
Jak dobrze, że tutaj już nawet w podtytule zaznaczono, że blog jest subiektywny, ponieważ w tej recenzji nie będę w stanie oddać pełni obiektywności (pomimo tego, iż spróbuję podjąć się wyzwania, wszak jak paść, to z honorem...). A ten stan rzeczy wynika stąd, iż RevCo, a precyzując - ich późniejsze dokonania, to jeden z moich ulubionych zespołów z nurtu industrial metal. Tyle jeśli chodzi o wstęp, jedziemy!
Coś o zespole - jest to projekt numer dwa legendy industrialowej sceny, Ala Jourgensena (gdyby ktoś nie wiedział, numero uno to zespół Ministry, powstały w 1981 roku i grający aż do 2013). Wstrętne Fiuty (wolne tłumaczenie nazwy) założone zostały w 1985 roku, i przyznam bez ogródek - nie śledziłem ich początkowej twórczości. Cocked and Loaded to czwarta studyjna płyta ekipy Ala, której muzykę cechuje ciekawy, old-school'owy klimat i lekko "pijackie" brzmienie pełne prowokacyjnych tekstów,
I owo brudne brzmienie nie opuściło również recenzowanego tu albumu. Rytm wybijany na początku w utworze RevColution Medley jest sztampowy aż do bólu, ale później utwór rekompensuje to soczystym riffem. Dalej mamy Ten Million Ways to Die, które poza szybkimi zrywami przypomina mi, nie przymierzając, soundtrack z niemieckiego filmu porno klasy C (a przynajmniej gdybym ja nie miał zbyt obiecującego budżetu i chciałbym nakręcić wijącą się Angelę, pewnie wstawiłbym podobnie brzmiący pokład). Niemniej słucha się tego całkiem przyjemnie. Dalej jest dość dynamicznie Calienté i ciężkie Prune Tang (ciekawostka ze slangu angielskiego - sprawdźcie sobie w necie co oznacza tytuł). Po nich nadchodzi cover utworu Fire Engine, oryginalnie autorstwa Iggy'ego Popa. Sentyment, bo to chyba pierwsza kawalina RevCo, jaką przez dłuższy czas katowałem. Jednak czas zauroczenia chyba minął - cover ten nie jest jakiś nadzwyczajny. Wracamy do wcześniejszych klimatów piosenką Dead End Streets. A później kolejna nuta, która u mnie ma już status "epic": brudny, bezwstydny, pijany, mocny - takie słowa przywodzi mi na myśl utwór Pole Grinder. Zwrotki, przejścia, refren - wszystko takie proste, ale ta prostota cudownie wchodzi w głowę. Następny kawałek to już full old-school - powrót do industrialu z lat 80. w kawałku Jack In The Crack. Album na koniec przyspiesza tempo dzięki Devil Cock, by potem z lekka przynudzić wolno rozkręcającym się Viagra Culture. Na koniec ponad 10-minutowy Revolting Cocks Au Lait, czyli wariacja na temat pierwszej piosenki z płyty. Niektóre wstawki z klasyków każdy powinien wyłapać.
Album jest dla mnie jak konkretny melanż - ktoś tańczy, ktoś się spina, ktoś rzyga, inni już przysypiają, wszędzie leje się alkohol, a od dymu z przeróżnych źródeł siwo niczym w pochłoniętym przez smog Szanghaju. Niektórzy obecni to nasi starzy kumple, inni to jakieś nowe twarze, są Panowie, są również przykuwające mętny wzrok Panie, i typki, za którymi nie przepadamy. Sądzę, że chyba każdy, kto odpali ten album, wtopi się w tą imprezę, zostanie jednym z balujących, i będzie bawił się lepiej lub gorzej, tańczył i darł japę lub zamulał na fotelu narzekając na dość prymitywną perkusję albo kiczowate momenty.
Jeśli chodzi o mnie, Cocked And Loaded to na pewno najlepszy z przesłuchanych przeze mnie albumów Revolting Cocks, i również jedno z dzieł które zajmuje koronne miejsce na półce z przyklejoną kartką z napisem "industrial". Jeśli siedzisz w domu z kumplami, popijasz już czwarte piwo i nie wiesz co zapuścić, puść RevCo. Jeśli kręcisz domóweczkę, w której goście interesują się muzyką, puść RevCo. Jeżeli zaś ich horyzonty nie wychodzą poza disco polo i Sylwię Grzeszczak, nieważne - i tak puść RevCo. Przynajmniej ja będę się zajebiście bawił.
Ocena: 10/10 (a gdyby miało być bardzo obiektywnie - 7/10)
col. Radke
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz