Na pierwszy ogień klasycznych wydawnictw postanowiłem wziąć jedyny longplay chłopaków z Kalifornii, w ich pierwszym i najlepszym składzie. Zespół już na długo przed śmiercią wokalisty wyrobił sobie znakomitą renomę, występując na Ozzfeście u boku prawdziwych sław z tamtych lat. Co dziwniejsze nigdy nie byli jakoś specjalnie znani przed szerszą publiką, ale nie musieli być, bo ich muzyka i tak kopała dupska, a nie każdy dzieciak musiał o tym wiedzieć. Scena wiedziała. Uformowali się w 1995, w czasach gdy rodził się nu metal. Taką też szufladkę im zafundowano, a fakt, że jeden z gitarzystów dołączył później do Soulfly tylko potwierdza ich talent.
Lynn Strait - wokalista i frontman zespołu to postać legendarna. W wieku 30 lat zginął w wypadku samochodowym wraz ze swoim psem, który zdobi okładkę płyty. Zawsze gdy słucham Get Some, mam ten fakt przed oczami. I mi szkoda, bo gdyby nagrali więcej płyt na poziomie tegoż debiutu, mielibyśmy naprawdę świetny rozpoznawalny zespół. Okazało się, że jeden lp wystarczył.
Już sam otwieracz ukazuje nam piękne iście punkowe podejście.
Say something for the record, tell the people what you think.
FUCK THE RECORD AND FUCK THE PEOPLE!Czyż to nie jest piękne?
Gitarowe WAH WAH, które jest motywem napędowym prawie każdego kawałka przenosi nas w klimaty funk metalowe, a przesterowane szybkie partie, rewelacyjna perkusja i brudny bas przenosi nas do świata hardcore punku i to najwyższych lotów! Każdy kawałek jest świetny muzycznie, chociaż mogłoby się wydawać, że to nic nie wnoszące nieoryginalne łojenie. Skądże! To łojenie w stylu Snot i nie może się nie podobać! Siła i tempo z jakim gnają kolejne kawałki nie daje odpocząć i prosi o więcej. Dlatego by dodać smaku zespół nie ogranicza gatunkowo, bawiąc się nawet jazzem, czy psychodelą w 313, Get Some, Get Some O'Deez oraz Get Some Keez. Deadfall to prawdziwa punkowa miazga, która serwuje nam nawet fragment totalnie redneckiego country i jest to jeden z najfajniejszych i najpotężniejszych utworów na płycie. Joy Ride to iście samochodowy numer, w którym to nawet słychać ryk silnika, pisk opon i dźwięk kraksy. The Box serwuje nam mój ulubiony typ dynamiki. Niziutki spokojny bas i łamana perkusja, do której dochodzi fantastycznie budujące popikiwanie gitary z wah wah, zmienia się w totalną rozwałkę. Snooze Button skutecznie obudzi, a Stoopid jest po prostu genialny. Niczym byłyby moje zachwyty nad warstwą muzyczną, gdyby nie podlewał tego zajebisty wokal Lynna Straita, a zaprawdę powiadam jest ZAJEBISTY. Jego głos wchodził w muzę jak nóż w ciepłe masło. Ekspresja z jaką wykonywał każdy utwór scaliła ten zespół i sprawiła, że mieli właśnie to "coś". Energia Lynna i to jak krzyczał, czy śpiewał była wręcz nie do opisania. Ten gość miał naprawdę złoty głos. Urodził się hardcore punkowcem i nawet tekst My balls, your chin w jego ustach nie brzmi prostacko, ani tandetnie. Snot mieli wszystko by osiągnąć większy sukces. Wyglądali jakby mieli wszystko w dupie, grali naprawdę świetnie przekazując ludziom niesamowitą energię w występach na żywo, którą udało im się utrwalić na tym krążku. Produkcja jest fenomenalna. Gitary są ciężkie, riffy bardzo szybkie, a za świetny użytek wah wah przyznałbym dyplom. Bas tłuściuchny, świetnie przebijalny w miksie i perkusja na miarę punkowych mistrzów. Niestety śmierć wokalisty przesądziła o tym, że nie nagrali później żadnej płyty, a jednie hołd dla Lynna, który nie można powiedzieć by był w 100% tylko ich. Słuchając Get Some możemy się poczuć jak na solidnym punkowym koncercie, na którym otrzymamy ogromną dawkę energii. I choć na dłuższą metę nie zostaniemy niczym zaskoczeni, to podejście do grania i południowy klimat zrobi swoje i nie pozwoli się specjalnie nudzić. Album mogę polecić fanom energicznego grania, którzy szukają odskoczni z lekkim przymrużeniem oka. Bo taki właśnie jest Snot. Grają swoje i puszczają oczko wszystkim spinającym się, poważnym grajkom, którzy buntują się dla samego buntu. Dla mnie to album klasyczny i warty przesłuchania, dlatego dostaje ode mnie...
Już sam otwieracz ukazuje nam piękne iście punkowe podejście.
Say something for the record, tell the people what you think.
FUCK THE RECORD AND FUCK THE PEOPLE!Czyż to nie jest piękne?
Gitarowe WAH WAH, które jest motywem napędowym prawie każdego kawałka przenosi nas w klimaty funk metalowe, a przesterowane szybkie partie, rewelacyjna perkusja i brudny bas przenosi nas do świata hardcore punku i to najwyższych lotów! Każdy kawałek jest świetny muzycznie, chociaż mogłoby się wydawać, że to nic nie wnoszące nieoryginalne łojenie. Skądże! To łojenie w stylu Snot i nie może się nie podobać! Siła i tempo z jakim gnają kolejne kawałki nie daje odpocząć i prosi o więcej. Dlatego by dodać smaku zespół nie ogranicza gatunkowo, bawiąc się nawet jazzem, czy psychodelą w 313, Get Some, Get Some O'Deez oraz Get Some Keez. Deadfall to prawdziwa punkowa miazga, która serwuje nam nawet fragment totalnie redneckiego country i jest to jeden z najfajniejszych i najpotężniejszych utworów na płycie. Joy Ride to iście samochodowy numer, w którym to nawet słychać ryk silnika, pisk opon i dźwięk kraksy. The Box serwuje nam mój ulubiony typ dynamiki. Niziutki spokojny bas i łamana perkusja, do której dochodzi fantastycznie budujące popikiwanie gitary z wah wah, zmienia się w totalną rozwałkę. Snooze Button skutecznie obudzi, a Stoopid jest po prostu genialny. Niczym byłyby moje zachwyty nad warstwą muzyczną, gdyby nie podlewał tego zajebisty wokal Lynna Straita, a zaprawdę powiadam jest ZAJEBISTY. Jego głos wchodził w muzę jak nóż w ciepłe masło. Ekspresja z jaką wykonywał każdy utwór scaliła ten zespół i sprawiła, że mieli właśnie to "coś". Energia Lynna i to jak krzyczał, czy śpiewał była wręcz nie do opisania. Ten gość miał naprawdę złoty głos. Urodził się hardcore punkowcem i nawet tekst My balls, your chin w jego ustach nie brzmi prostacko, ani tandetnie. Snot mieli wszystko by osiągnąć większy sukces. Wyglądali jakby mieli wszystko w dupie, grali naprawdę świetnie przekazując ludziom niesamowitą energię w występach na żywo, którą udało im się utrwalić na tym krążku. Produkcja jest fenomenalna. Gitary są ciężkie, riffy bardzo szybkie, a za świetny użytek wah wah przyznałbym dyplom. Bas tłuściuchny, świetnie przebijalny w miksie i perkusja na miarę punkowych mistrzów. Niestety śmierć wokalisty przesądziła o tym, że nie nagrali później żadnej płyty, a jednie hołd dla Lynna, który nie można powiedzieć by był w 100% tylko ich. Słuchając Get Some możemy się poczuć jak na solidnym punkowym koncercie, na którym otrzymamy ogromną dawkę energii. I choć na dłuższą metę nie zostaniemy niczym zaskoczeni, to podejście do grania i południowy klimat zrobi swoje i nie pozwoli się specjalnie nudzić. Album mogę polecić fanom energicznego grania, którzy szukają odskoczni z lekkim przymrużeniem oka. Bo taki właśnie jest Snot. Grają swoje i puszczają oczko wszystkim spinającym się, poważnym grajkom, którzy buntują się dla samego buntu. Dla mnie to album klasyczny i warty przesłuchania, dlatego dostaje ode mnie...
8/10
KCR
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz