Ok, zacznę od kajania się i zgięcia się w pas w geście przepraszającym potencjalnych czytelników za tak długi zastój. W czerwcu generalnie nie było życia i czasu na nic, ale w ramach rekompensaty ja jako redaktorzyna postaram się podkręcić tempo, i może na blogu przepchniemy jakieś zmiany! Tymczasem dzisiaj na blogu znowu gości perwersyjny projekt Ala Jourgensena, tym razem sięgnąłem po ostatni album studyjny, który nie zdobył wielkiej popularności.
Na wstępie można stwierdzić, że szydera i łóżkowy humor leją się z tego albumu ciurkiem - na to od razu wskazuje okładka i tytuł samego albumu. Zresztą tytuły poszczególnych piosenek raczej też są bardzo sugestywne - Me So Horny, Filthy Senoritas, czy mój osobisty faworyt: Poke-A-Hot-Ass (aluzja do disneyowskiej bajki o pewnej Indiance?) - to tylko część spośród 10 lekko perwersyjnych utworów na albumie (jest jeszcze jeden remix, ale naprawdę nie warty uwagi). Zakładam, że ekipa od Ministry, mająca lwią część wkładu w produkcję, musiała porządnie się uśmiać przy nagrywaniu kawałków. Trudno mi nie parsknąć śmiechem, gdy gość na refrenie fałszującym nieco głosem wyśpiewuje "RevCo Fly, sixty-nine (...) the destination is IN-SIDE-YOU" (kawałek Air Traffic Control). Wydaje mi się, że taki właśnie jest zamysł zespołu Revolting Cocks - durnowate teksty i pewien poziom satyry w industrial-rockowym opakowaniu.
A jak ta satyra wygląda od strony muzycznej? Tu już niestety nie jest tak wesoło. Elektroniczna perkusja ssie (to chyba najodpowiedniejsze słowo biorąc pod uwagę tematykę albumu...), gitary jest za mało, bas jakiś przygaszony... szkoda, ponieważ niektóry riffy są bardzo konkretne, i przy lepszej oprawie dźwiękowej mielibyśmy genialny album indu-rockowy, a tak - trzeba sobie tylko wyobrażać, jakby to brzmiało, gdyby lepiej brzmiało... Poziom skomplikowania raczej niski - jeśli jakiś fanatyk chciałby poćwiczyć hardkorowe solówki z tabów, to tutaj się rozczaruje - może są ze dwie albo trzy. Za to riffy, o których już wspominałem - proste, a konkretne - wyciągają tą płytę z mułu przeciętności. Tak jak niegdyś recenzowane tu przeze mnie Cocked and Loaded, tak i Got Cock? dzięki luźnemu, brudnemu klimatowi, stworzonemu między innymi - riffami - to dobra płyta na posiadówę z kumplami, albo imprezę z ludźmi czującymi rockowe brzmienie. Chociaż chyba nie każdemu spodoba się niezbyt górnolotny poziom tekstów, ale z drugiej strony po paru głębszych - komu to mogłoby przeszkadzać...
Podsumowując, album ten za sentyment do RevCo cenię sobie i często słucham - ale patrząc trzeźwo i obiektywnie - nie ma tu szału. Kto lubi luźne, śmieszne piosenki, nie jest audiofilem i nie reaguje skrajnie negatywnie za sztuczne bębny, ten być może odnajdzie tu coś dla siebie. Na płytę zalecam patrzeć z lekkim przymrużeniem oka - projekt można uznać za niemalże undergroundowy, a klimat przywodzi na myśl kina samochodowe, filmy Tarantino, i mieszkanie w przyczepie na zadupiu, które nie jest wyznacznikiem dobrego gustu i kunsztu, ale ma swój urok - tak jak ta płyta.
6/10
col. Radke

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz