niedziela, 18 października 2015

KCR Classics: Limp Bizkit - The Unquestionable Truth (2005)

Wreszcie po prawie dwóch latach od założenia tego bloga mierzę się z prawdziwą legendą. Z kapelą, którą kocham całym sercem. Z jednym z takich zespołów, które według masy zasłużyły sobie na ogromny negatywny szum. Panowie zawsze mieli to gdzieś i robili swoje ucierając nosa wszystkim hejterom. Ta płyta wyszła w trudnym okresie dla chyba każdego z członków. Nie miała dużej promocji, a praktycznie znikomą. Nie sprzedała się również w milionie egzemplarzy jak poprzednie wydawnictwa. Pokazała za to, że pomimo problemów Limp Bizkit wciąż potrafią kopać tyłek, nawet jeśli trochę zboczą ze swojego stylu obranego kilka lat wcześniej. Dlaczego ta EP'ka jest dla mnie klasykiem? Zapraszam do recenzji.

2005 rok nie był dla Bizkitów sielanką. Zespół od czterech lat istniał bez jednego z najważniejszych ogniw czyli gitarzysty Wesa Borlanda. Panowie jakoś się w końcu dogadali i zaczęły się prace nad The Unquestionable Truth, ale niestety w tym samym czasie perkusista zaczął mieć problemy z narkotykami i brał udział tylko w części sesji nagraniowej. Spowodowało to spore napięcia w zespole, a przyszłość LB stała pod znakiem zapytania. Na szczęście było to tylko głównym motorem napędowym tego jaki ten krążek ma charakter.

Złość, gniew, frustracja, smutek, bezsilność, rozczarowanie otoczeniem i rzeczywistością - jeszcze nigdy w historii kapeli te tematy nie zostały zamienione tak bezbłędnie na dźwięk. Dźwięk, który od czasów debiutu nie był tak agresywny i szczery. Tamten rodzaj gniewu był młodzieńczy i dotyczył zupełnie innych aspektów i problemów życia. Miał zupełnie inny wydźwięk niż ten obecny na EPce.

Niekwestionowana prawda jest bowiem zerwaniem ze starymi strukturami piosenek, które opierały się głównie na dynamice - ostre refreny, łagodniejsze zwrotki. Od pierwszych sekund dostajemy w twarz ciężkimi, absolutnie odjazdowymi riffami - Wes Borland po raz kolejny przeszedł sam siebie. Sam Rivers nie brzmi już tak czysto jak kiedyś - jego bas nabrał brudu, który świetnie zgrywa się z potężną gitarą. Same instrumenty wręcz krzyczą i nie potrzebują wokalu, aby słuchacz wiedział, że przepełnione są złością i wielkimi emocjami. Są doskonałym tłem dla wokalu Freda Dursta, który dorzuca od siebie kolejną porcję skrajnie różnych uczuć. Dla mnie to swoiste oczyszczenie ze wszystkich rzeczy, które zakorzeniły niesamowitą frustrację w nim i w pozostałych członkach zespołu. The Channel to kapitalny agresywny riff z typowymi dla Wesa flażoletami. The Truth to pokręcony motyw z wajchą - muzycznie dzieje się tu naprawdę sporo. Jak bardzo nie lubię porównań, tak spokojnie ta płyta może być określana duchowym spadkobiercą Rage Against The Machine.
I chociaż klimat i ogólny nastrój jest raczej mroczny, ponury i posępny, to kończy się spokojnie i całkiem przyjemnie. EPka ta jest jedynym wydawnictwem tego typu w dorobku zespołu i składa się na nią 7 utworów / 29 minut i 42 sekundy muzyki. Znikoma promocja ze strony bandu, znikoma sprzedaż, a efekt końcowy? Oszałamiający, przyprawiający prawdziwych fanów (i nie tylko) o opad szczęki, zamykający usta zawistnikom. Panowie po raz kolejny pokazali, że mogą wspiąć się na wyżyny swoich możliwości. Po trzech genialnych i jednej niewiele gorszej płycie chłopaki pokazali, że mogą grać jeszcze ciężej i jeszcze ciekawiej, a już na pewno bardziej emocjonalnie.
I choć w życiu ciężko czasem zaakceptować nawet najgorszą prawdę, to z taką muzyką przychodzi to trochę łatwiej. Dla mnie to absolutny klasyk.
Mocne i zasłużone...

9/10
KCR

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz