Odkryłem u wąskiego grona muzyków pewną umiejętność. Nie muszą być nie wiadomo jakimi wymiataczami aby mieć to "coś". Przebojowość, którą sprawiają, że rzeczy proste nie brzmią prostacko. Które sprawiają, że rzeczy melodyjne, nie są nudne. Które potrafią samym brzmieniem zdziałać dużo więcej niż sileniem się na nie wiadomo co, tworząc nie wiadomo jaką otoczkę do swojej muzyki. Underoath posiada piękną umiejętność tworzenia bardzo głośnej i ciężkiej fonii, która jednocześnie trafia idealnie do mojej duszy i działa kojąco. Ta przebojowość o której wspominałem przejawia się naprawdę pięknymi gitarowymi motywami, które nie muszą brzmieć koniecznie złowrogo i przywoływać szatana, bo same z siebie mają wystarczającą moc sprawczą. Każdy utwór jest przesiąknięty niesamowitym ogromem emocji. Czysty śpiew, głośny krzyk i przebojowa ściana dźwięku, którą tworzą instrumenty tworzą niesamowitą atmosferę. Utwory są dynamiczne i nie mają prawa znudzić.
Całość brzmi "epicko" i o ile z reguły nie lubię kapel, które silą się na zwiększanie wyniosłości swej muzyki tak panom z Underoath nie mogę zarzucić, że się na coś silą, bo wychodzi im to wszystko bardzo naturalnie. Ten album towarzyszył mi jak radziłem sobie w trudnych chwilach, jak zbierałem się po dziewczynie - dlatego też patrzę na ten album inaczej. Pomijając mój związek z nim jest to naprawdę kawał solidnej gitarowej muzyki, podanej w naprawdę fajnym dynamicznym opakowaniu - trwając mniej niż 40 minut na pewno umili czas w przerwach między czymś ambitniejszym.
Dlatego goniący bezpieczeństwo dostają ode mnie solidne:
9/10
KCR

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz