poniedziałek, 24 marca 2014

Recenzja: Kvelertak - Kvelertak (2010)

Zespół, o którym jeśli w Polsce jeszcze nie jest głośno, to może być w lipcu, gdyż Norwegowie wystąpią na Sonisphere Festival w Warszawie, u boku takich tuz jak Metallica, Anthrax, czy Alice In Chains. Czy mają szansę zdobyć atencję na festiwalu grając wśród takich legend? Warto się przyjrzeć, choćby dlatego że black 'n' roll to zjawisko raczej niespotykane w mainstreamie.

Tak, tak, właśnie określenie black 'n' roll najtrafniej opisuje muzykę, jaką gra Kvelertak. W gruncie rzeczy jest to hard rock, zespół bardzo często przedstawiany jest jako rockowy, natomiast są tutaj bardzo silne wpływy punku i black metalu. I nie chodzi tu o image czy jakieś mroczne liryki; Norwegowie poszli inną drogą i zapożyczyli więcej od strony technicznej - są m. in. blast beats znane fanom gatunków ekstremalnych, jak również wiele typowo "blackowych" riffów. Nie ma tu jednak przesady i utwory nie gubią w tej ostrej przyprawie rockowego klimatu i smaku. Całość również jest  dobrze zmiksowana, na czele są gitary, dobrze uzupełniane wokalem, basem, i perkusją.
Tytuły poszczególnych utworów, a tym bardziej teksty, niewiele mówią, jako iż cała płyta została napisana po norwesku (czy tam Nynorsk, ale kogo to obchodzi). Na krążku znajdziemy 11 energetycznych kawałków. U mnie do topki należą krótkie i konkretne Mjød oraz nieco bardziej punkowe Blodtørst. Na uwagę zasługuje również melodyjne Ordsmedar Av Rang, i równie melodyjne oraz nieco, hm... progresywne (?) Sultans of Satan (jedyny tytuł napisany po angielsku). W Sjøhyenar (Havets Herrer) jest chyba najwięcej punka, w Liktorn z kolei najwięcej black metalu (to odczucie może być spodowane ostrym początkiem, później kawałek nieco się uspokaja). Godny wyróżnienia jest również Nekroskop, wydaje mi się że najwyraźniej tu słychać wpływ każdego z gatunków na album.
Wszystko to bardzo dobrze łączy się w całość, płyta nie nudzi się i nie jest zrobiona "na jedno kopyto", aczkolwiek kawałki nie różnią się radykalnie. Wszystko ładnie płynie i współgra, jak w Mercedesie klasy E, albo Lexusie GS (co kto lubi). Muzyka jest rytmiczna, i "skoczna", o czym warto wspomnieć w kontekście festiwalu, bo to za jego sprawą Kvelertak ma zdobyć rzesze fanów w Polsce.
Podsumowując, sądzę ten szalony norweski projekt nie pozostanie na Sonisphere w cieniu wielkim firm i porwie ludzi ciekawym połączeniem muzyki typowo popularniej z muzyką typowo "niepopularną". Debiutancki krążek naprawdę przyjemnie się słucha, daje energetycznego kopa, a wasabi, jakim jest black metal, nie zepsuło potrawy, a przeciwnie - nadało potrawie wyrazistego smaku. Bon apetit!

8/10
col. Radke

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz