Patrząc na tą różowiutką okładkę, skojarzenia nasuwają się na myśl same - "Love" to zapewne nowe działo Sylwii Grzeszczak albo, jak już sięgamy za granicę, być może to Shakira - na pewno jakaś miła i kochana przez telewizję gwiazdka popu. Nic bardziej mylnego - zespół kryjący się pod nazwą Semargl to do niedawna uznana na mhrocznej scenie blackmetalowa kapela, która w dorobku ma takie wydania jak Attack on God czy Satanogenesis. Co więc pokierowało ukraińskich metalowców do wydania czegoś takiego jak Love? Pierwsze ostrzeżenie
Czym zatem zaskoczy najnowsze dzieło Ukraińców? Industrial dance? Zaproszenie Rusłany do zespołu? Pełen oczekiwań, a właściwie obaw, ruszam z odsłuchem: album otwiera kawałek Poison. Gdybym miał podać przykład artysty, który kojarzy mi się z taką muzyką, byliby to... Kalwi i Remi. A więc zespół de facto blackmetalowy wita nas klimatem eurodance z początku wieku. No to będzie ciekawie, myślę. Potem mam skojarzenie z trochę świeższym... ale wciąż eurodance. Innowacją, jaką tu stworzył zespół, jest dodanie pierdzącego, elektronicznego basu do łagodnego śpiewu i spokojnego sampla, jaki często spotykamy przeglądając klipy na Vivie. Tutaj połączenie EDM z resztą utworu jest jak dubstepopodobna wstawka w Bałkanicy - pasuje jak pięść do nosa. Dalej mamy Eternity i Devil Loves You. Nie spodziewałem się, że blackmetalowy tak bardzo mogą się inspirować Davidem Guettą i Calvinem Harrisem, żeby kopiować ich sztandarowe sample. Kolejny utwór to znów kserowanie kogoś tam, nawet szkoda mi klawiatury. Ale w końcu! W szóstym utworze mamy w końcu konkretny gitarowy riff! I gdy już myślałem, że w końcu dowiem się, co to jest pop metal, jak to dumnie Semargl określa swoją muzykę, w dalszej części utworu szybko dostaję zimny prysznic: kolejny eurodance, w którym najwyraźniej któryś z członków zespołu po pijaku dokleił w przypadkowych miejscach zapętlony fragment z pierwszej płyty. Jednocześnie przy następnym utworze dostaję cień nadziei, że album w końcu się rozkręci - wprawdzie Discolove wyszło rok temu, ale mimo to po przeglądzie muzyki rozrywkowej miło posłuchać czegoś co zawiera jeszcze w sobie jakiś procent metalu. Taki kawałek w końcu można nazwać połączeniem metalu i popu - melodyjny śpiew Adele dobrze współgra z agresywnymi gitarami i tutaj nawet pierdobasy, którymi Semargl postanowił mnie katować, nie psują piosenki. Niestety moje nadzieje podupadają przy następnym utworze, który jest apogeum dropów i pseudodubstepu. Ostatecznie dobija mnie From Me, które jest powrotem do 2000 roku na dyskotekę Paradise. Dalej jest jeszcze I Just Need You, które z kolei nawiązuje mocno do muzyki drum n bass. Płytę zamyka całkiem niezłe Let Me Light A Fire, gdzie znów na chwilę możemy sobie przypomnieć o tym, że ktoś tu gra na gitarze elektrycznej.
Jak na zespół metalowy, wystąpienie tak podstawowego instrumentu jak gitara elektryczna w TRZECH kawałkach to pomysł dość dziwny, żeby nie powiedzieć poroniony. Sam aż zacząłem szukać informacji na temat ewentualnych dezercji niektórych członków, bo nie wierzę, że kilkuosobowa kapela przez prawie 2 lata nagrywała coś, co zajarany produkcją muzyki 15-latek stworzyłby w miesiąc na FL Studio. I o ile przeciętną jakość masteringu można przełknąć, to co do cholery ich podkusiło do wpychania do tej płyty dubstepu? Myślałem że moda na wrzucanie dropów gdzie popadnie powoli mija, ale nie tutaj. Do tego oprócz wokalistki o naprawdę przyjemnym, czystym głosie, dogrywa się kilka przypadkowych osób (może na zmianę perkusistka z basistą?), co robi jeszcze większy misz-masz. Mieszanie w stylach jest tu radosne jak piłka nożna w Afryce, i niemal tak samo chaotyczne jak polityka państw z tego rejonu. A moje oczekiwania wobec albumu zostały spełnione tak jak obietnice rządu - miał być pop metal, a zamiast tego mamy składankę muzyki dance z okresu 2000-2005.
Przechodząc do końca recenzji, załóżmy, że ktoś naprawdę chce posłuchać tej płyty. Być może jest wielkim fanem zespołu, albo bardzo mu się podoba ta okładka. W takim wypadku polecam włączyć sobie wyłącznie dwa utwory - Discolove, i Let Me Light A Fire. Przed resztą albumu ostrzegam, gdyż jest najprawdopodobniej swego rodzaju "żartem" autorów w kierunku odbiorców. Szkoda tylko, że wydawca się spóźnił i płyta wyszła nie pierwszego, a siódmego kwietnia...
2/10
col. Radke

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz