Na samym początku muszę zaznaczyć ważną sprawę. Ci panowie są z POLSKI. Tak z naszego kraju. Nie, nie Twojego uchodźco. Nie! Twojego też nie Ty nielegalny meksykanie. To nasi wspaniali rodacy, którzy nie wiedzieć czemu poczuli się jakby się urodzili w okolicach Palm Desert, gdyż muzę czują momentami lepiej niż jej rdzenni obywatele.
Nie chcę się specjalnie długo wywodzić nad poszczególnymi kawałkami, bo wszystkie są świetne. Najważniejszą rzeczą, która absolutnie definiuje brzmienie Palm Desert jest ich luźny klimat. Cały czas czuć jakby materiał nagrywany był gdzieś na pustyni. Gdzieś w okolicy Rotten Village. Opary dymu unoszą się nad krążkiem i upajają nas czymś co można by spokojnie nazwać muzycznym ziółkiem. Mamy tutaj kompozycje krótkie jak i te dłuższe, które stanowią główny punkt płyty i robią największe wrażenie. Mamy dwie krótsze wstawki, TAK BARDZO smacznie zagrane, że nie jedna pusta głowa mogłaby pozazdrościć. Biały wilk was nie zje ale zapraszam was na odyseję. Produkcja pachnie jak dotknięta przez Elektrycznego Czarodzieja, który po drodze spotkał Kyuss i powiedział im, żeby wyluzowali się z klimatem. Basu Ci tutaj dostatek - miło kąsającego uszy przy akompaniamencie totalnie zblazowanej psychodelicznie rozmarzonej, rozmytej i nafuzzowanej na maksa gitarze. 9 kawałków i niespełna 47 minut muzyki to sprawa, którą w dobrych krążkach uwielbiam. Nie zmęczy, a ucieszy i umili sesje z kumplem Bongo czy koleżanką Fifką. Mam do was drodzy stonerzy, stonerki, fani stoner rocka,
Każdy szanujący się stoner powinien zatem udać się na ich bandcampa i sprawdzić ten materiał oraz wspomóc artystów. Uważam, że naprawdę warto i daję mocne...
8,5/10
KCR
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz