piątek, 11 grudnia 2015

Recenzja: Mr. Bungle - California (1999)

Na początku był chaos. - ten cytat z mitologii greckiej świetnie opisuje debiutancką płytę Mr. Bungle, która jest niestrawną potrawą dla wielu śmiertelników, a na fanów tego awangardowego projektu społeczeństwo patrzy jak na tego Chińczyka, który żywi się wyłącznie ostrymi papryczkami piri-piri. Dzisiaj przyjrzymy wsłuchamy się w ostatnie wydanie zespołu z końca poprzedniego wieku, zespołu będącego jednym z wielu projektów i (chyba najpopularniejszym po Faith No More) z udziałem legendarnego Mike'a Pattona.






Po doświadczeniach związanych z debiutanckim albumem Mr. Bungle, California z początku wydaje się niepozornym wydawnictwem. Prosta, elegancka okładka, może się podobać, ale generalnie nic wielkiego. Tracklista wprawdzie brzmi dość awangardowo, ale to i tak daleko do tytułów z debiutu takich jak chociażby "Dupa Mi Się Pali" albo "Wyciśnij Mi Makaron", aczkolwiek nadal szyderczy styl Pattona jest wysoce odczuwalny.

No dobrze, ale jak wygląda danie główne? W ostatniej swojej recenzji bardzo chwaliłem Laibacha za wykonanie bardzo różnorodnego albumu. I tutaj jest podobnie - na początek dostajemy spokojne, acz ciekawie i "zawadiackie" Sweet Charity, a później obrywamy dawką czystego chaosu w drugim tracku. A potem znowu spokojnie. I znowu chaos. Nawet słuchając utworów w tempie balladowym, mamy wrażenie, że za pięć sekund stanie się coś nieoczekiwanego - oberwiemy thrash-metalowym riffem, perkusista dostanie ADHD, a basista się wysadzi w powietrze. Chociażby w Pink Cigarette  taki nastrój nadają nam odgłosy na koniec utworu (niby zwykłe elektroniczne beepy, ale słuchacz i tak jest przekonany, że to tykanie bomby, która lada chwila eksploduje). Takich smaczków jest sporo -  eklektyzm, mieszanie w stylach i nagłe zmiany nastrojów co minutę nie znudziły się zespołowi, i wiele z utworów w California to właśnie swoisty pokaz nadpobudliwości artystów, co fanom awangardowego rocka/metalu na pewno się spodoba. Sporo z utworów ma iście filmowy klimat, co z kolei może kojarzyć się z innym projektem z Pattonem na wokalu, a mianowicie Fantomas. Rozdmuchana, amerykańska otoczka nadaje sens wykonaniu całej płyty i jej okładce. Jednocześnie klimat nie jest tak dziki i chaotyczny jak dawniej, przeciwnie, Pan Bungle wydoroślał, już nie ćlamie przy jedzeniu i nie podstawia nóg koleżankom, ale gdy już wydaje się, że jest eleganckim, poważnym dżentelmenem na ciężkie czasy, to gdy przypomni mu się dzieciństwo...

Cóż powiedzieć o wykonaniu - pełna profeska, połączona z szalonym wokalem Mike'a i zabawnymi tekstami. Szerokie spektrum instrumentów i sampli, zmienne tempo, i wybuchowa mieszanka gatunkowa. Na podium ulubionych kawałków wyróżniłbym Pink Cigarette, Sweet Charity i Ars Moriendi.

Mr. Bungle nie zawiódł fanów i California jest świetną kropką nad i podsumowującą ciekawe, chociaż dość skromne dokonania zespołu. Jest mniej ekscentryczna, zatem więcej słuchaczy przekona się do niej niż do legendarnego pierwszego albumu. Album już stoi u mnie na piedestale wśród ikon awangardowego metalu (no, może tego metalu aż tyle tu nie ma...), i będę wracał do niego wiele razy, głównie za magiczny klimat i otoczkę połączoną z bałaganiarstwem i chaosem, jaki roznosi pan Bungle.


8/10

col. Radke

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz